Pršanie i Leśny Człowiek

Dzień V – 22.09.2014

 

Hi there

I kolejny dzień pršania. Od samego rana. W obliczu słowackiego nieba płaczącego ze śmiechu nad naszymi głupimi pomysłami, Patryk przywdział kombinezon deszczowy przywieziony prosto z JU ES EJ – plastikowe spodnie i kurtkę i wyruszył na quest po zakupy. Udało mu się zdobyć paradajki  klobasę. 

Z braku innych zajęć, postanowiliśmy podjąć próbę pakowania. Pogoda drwiła sobie z naszych wysiłków: deszcz ustawał na 5 minut, dając promyk nadziei na poprawę, po czym  znów zaczynał padać – ze zdwojoną siłą. Nad wyraz zabawnie było, gdy poskładaliśmy już pręty od namiotu. Musieliśmy chować się pod samym tropikiem.

Nasz licznik rowerowy i zegarek (na rękę, z festiwalu reggae, przyczepiony na kierownicy) okazały się nieśmiertelne. Choćby się waliło i paliło – uparcie działały.

Udało nam się wyruszyć około 14. Do wyboru były 2 trasy do Bańskiej Bystrzycy: rowerowa, dłuższa o 20 km, wiodąca spokojnymi, malowniczymi, wiejskimi drogami oraz krótsza – główną drogą pełną tirów, rozpędzonych aut i od czasu do czasu – motocyklistów.

– No przecież nie będziemy jechać 20 km więcej! Jadziem główną drogą.

Zdecydowanie NIE polecamy jazdy rowerem drogą szybkiego ruchu bez pobocza, wiodącą prosto na tranzyt. No, chyba, że lubicie adrenalinkę.

Próbowaliśmy nawet jechać obok drogi, wydeptanymi ścieżkami, po błocie i krzakach. Nawet to było lepsze. W pewnym momencie zauważyliśmy, że po drugiej stronie, na nasypie (?) biegnie całkiem przyzwoita ścieżka.

Patrykowi ledwo udało się wypchnąć rower pod stromą skarpę; dla mnie znalazł nieco łagodniejsze wejście. Po przejechaniu kawałka trafiliśmy na jakieś zabudowania. Wyglądało to na czyjeś podwórko.

Patryk – mężny i odważny samiec w stadzie – dobył kija i poszedł sprawdzić, czy nie ma tam krwiożerczych, śmiercionośnych psów.

Nie było.

Po chwili minęliśmy coś, co wyglądało na magazyn; następnie nasza boczna dróżka się skończyła. Pojawiła się natomiast droga w lewo na Korytnicę Kupele.

źródło Google maps

źródło Google maps

– Hmm, fajny przystanek, warto zapamiętać.

Ruszyliśmy dalej drogą szybkiego ruchu. Po chwili znów „zaskoczył” nas deszcz. Patryk, jadąc w kalesonach (po co komu drugie spodnie, wystarczą dresy i kalesony!) zdecydował:

– Wracamy na przystanek!

(ten w czerwonym kółku)

Żeby nie marnować naszego przeczekiwania deszczu, zdecydowaliśmy się na obiad pod daszkiem. Jako pionierzy gotowania w polowych warunkach, upichciliśmy pyszną spaghetti-zupę z naszych paradajków, klobasy, cebuli i makaronu. Sama pani Gessler by się nie powstydziła. Przepis wrzucimy później 😀

Oczywiście w czasie gotowania przestało padać. Natomiast gdy już skończyliśmy, prawie zaczęło na nowo.

Ponieważ na szukanie noclegu ustaliliśmy godzinę 18, a była 17:15, mieliśmy poważny dylemat, czy warto jechać dalej.

Gęste, mroczne chmury spowiły pobliskie wzgórza. Nagle usłyszeliśmy przeraźliwy ryk, niby w oddali, a jednak całkiem blisko… Z ulgą spostrzegliśmy jelenia biegnącego stromym zboczem.

Podmuch lodowatego wiatru przyniósł kolejne krople deszczu. Zdecydowaliśmy rozbić namiot na przystanku, przy samej drodze, na mroźnym betonie.

Zapadł zmrok, a my powoli zbieraliśmy się do snu. Nagle z mroku wyłoniła się czyjaś postać.

– Dobri veczer! Spotkaliśmy się już dziś – powiedział mężczyzna po słowacku.

Rzeczywiście. Przechodził obok naszego namiotu w miejscu poprzedniego noclegu. Mówił nawet, że gdyby wiedział, że tu jesteśmy, zaoferowałby nam nocleg w swojej chatce w lesie.

Przyniósł nam termos z ciepłą herbatą i zaczął z nami rozmawiać. Czy często tak cestujemy, dokąd jedziemy… Opowiadał o swoich leśnych wyprawach z psem, o swoim starciu z niedźwiedziem, pokazywał zdjęcia swojej leśnej chatki…

– Nie boicie się tak sami podróżować? Macie jakąś broń…?

Przyznaliśmy, że nie, że mamy tylko gaz. Leśny Człowiek z przekonaniem stwierdził, że lepiej zginąć od zwierzęcia, niż od człowieka. Pytanie o broń, potęgowane przez deszcz i mrok, brzmiało w naszych głowach jeszcze przez długi czas, pisząc czarne scenariusze.

– A co, jeśli przyniósł herbatę, rozmawiał z nami przyjaźnie, żeby uśpić naszą czujność? Wie, że nie mamy się jak bronić… A co, jeśli przyjdzie i… – reszta zdania nie chciała przejść przez gardło.

Nie widzieliśmy jednak sensu w przenoszeniu się po ciemku, zwłaszcza że nie było dokąd. Położyliśmy się więc, czując lekki niepokój. Każdy szmer budził naszą czujność.

Rano obudziło mnie szeleszczenie. Coś (ktoś??) najwyraźniej dobierało się do worka ze śmieciami. Gdy otworzyłam oczy, zobaczyłam, że namiot nie był zamknięty.

– Przecież go zamykałam, na pewno!

Patryk też przysięgał, że zamykał. Całe szczęście po chwili uświadomiłam sobie, że w nocy wychodził z namiotu. To na pewno wtedy zapomniał zapiąć zamka.

To wcale nie Leśny Człowiek, który przyszedł w nocy, żeby podciąć nam gardła. Lub tylko popatrzeć, jak śpimy…

Mroźny nocleg na betonie

 

 

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s