Dzień VIII – Banská Štiavnica

Takie tam, z wieżą

Takie tam, z wieżą

Zaintrygowani „żółtym napisem Bańska Stawnica” na mapie (miasto jest wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO), postanowiliśmy obrać je za dzisiejszy cel naszej podróży. Wstaliśmy szybko, jako że nasz nocleg nie był zbyt urokliwy (zdjęcie w poprzednim poście); udaliśmy się do jakże zacnego przybytku – McDonald’s!

Ja zamówiłam coś ciepłego, a Patryk konsumował własnoręcznie przygotowywane kanapki, gardząc fast-foodem. Korzystając z dobrodziejstw cywilizacji, podsuszyliśmy pranie przy pomocy suszarki do rąk.

Budząc ciekawość mijających nas, jeszcze na wpół-śpiących ludzi, zrobiliśmy szybką rozgrzewkę i ruszyliśmy w dalszą drogę.

Droga od Zvolenia była żmudna, w większości pod górę; jechaliśmy przez takie miasteczka, jak: Budca, Kozelnik oraz Bańska Bela.

Przy wjeździe do miasta nad okolicą góruje zespół barokowych obiektów kalwarii na wzgórzu Scharfenberg:

SAM_0309

Patryk nie mógł darować sobie zobaczenia zabytków z bliska, ja zdecydowałam się pojechać do miasta.

Patryk: Do kapliczki na górze nie można było wejść gdyż był remont, po drodze natomiast znajdowały stacje drogi krzyżowej. Widok z góry też był powalający (ale nie mamy powalającego zdjęcia)

SAM_0266

Scrolluj dalej

Po zjeździe z góry (juhuuu), zmylona ‘zakazem wjazdu’ prosto, pojechałam w lewo, znów ostro z góry. Potem ostro pod górę. I znowu z góry. „Dłuugie to miasteczko”

Oczywiście ignorując zakaz wjazdu (dotyczył przecież samochodów, rowerem można byłoby spokojnie przejechać) zaoszczędzilibyśmy 40 minut – w jedną i w drugą stronę!

Patryk dołączył do mnie przy starówce, i poczłapaliśmy dalej – a to niespodzianka – pod górę. Jak to w górskim miasteczku. W centrum starówki znajduje się plac – plac Świętej Trójcy, a na nim barokowa kolumna Świętej Trójcy.

SAM_0277

Po drodze spotkaliśmy polską wycieczkę z przewodnikiem, do której się na chwilę przyłączyliśmy. Wspięliśmy się na górę do zamku, gdzie przewodnik wyrecytował wykuty wcześniej tekst o historii tego miasteczka (prawdopodobnie z Wikipedii).

Nie będziemy więc gorsi. Oto, co Wikipedia mówi na ten temat:

„Bańska Szczawnica należy do najstarszych i najbardziej znaczących miast górniczych w Europie. W średniowieczu było najważniejszym miastem górniczym Węgier. Wydobycie i przetwórstwo znacznych ilości złota, a następnie i srebra, stanowiło przez kilka wieków o jego znaczeniu i zamożności jego obywateli.”

W miasteczku znajdowały się dwa zamki, z czego do Starego, przy którym się znajdowaliśmy, można było wejść za darmo i go zwiedzić. (Patryk: Niestety za późno się zorientowałem że nie mam aparatu!) Drugi zamek, zwany Nowym, znajdował się na innym wzgórzu, po drugiej stronie starówki – tam też oczywiście ‘poczłapaliśmy’ – wejście do niego kosztowało już 5 euro.

TO PATRYKEŁ, a za nim STARY HRADEŁ

TO PATRYKEŁ, a za nim STARY HRADEŁ

NOWY HRAD

NOWY HRAD

Później okazało się, że polska wycieczka to grupa autokarowa, która zmierza do Budapesztu. W mojej głowie zrodziło się utopijne marzenie, że nas tam podwiozą i tak oto osiągniemy nasz pierwotny cel podróży (który oczywiście musieliśmy zarzucić, bo ‘terminy goniły’).

Patryk próbował załatwić nam ‘stopa’ autokarem, była w końcu nutka nadziei, że nas zabiorą…

Niestety – oczywiście -nie mieli miejsca i musieliśmy jechać dalej zwiedzając Słowację, wiedząc, że do Budapesztu nie dojedziemy:(

Był jednak plus tego spotkania – przewodnik znał dobrze te rejony i pokazał nam drogę mało uczęszczaną i omijającą autostrady.

Po obiedzie ruszyliśmy drogą ‘góra-dół-góra-góra’ i wyjechaliśmy z miasta zmierzając w stronę Hodruša-Hámre. Oczywiście pod górę.

Po chwili wynurzyły się przed nami ‘bloki’, 2 opuszczone rudery z powybijanymi oknami i nieodłącznym tłumem cygańskich dzieciaków. I kołdrami wywalonymi przez okno.

  • SPI*****AMY!

Tak też zrobiliśmy, mimo braku sił.

Wiecie, jakie potrafią być cygańskie dzieciaki, gdy nie umiecie zbyt szybko ‘spi****ać’? Zbiera się ich 20 – 30, idą za wami jęcząc ‘daj cukierka’ albo ‘daj pieniądze’. A jak nie dacie – rzucają kamieniami.

Te jednak stwierdziły chyba, że im się nie chce, albo że i tak już nas nie dogonią.

Po jakimś czasie, już trochę spanikowani, bo zdążyło się zrobić ciemno, zauważyliśmy wdzięczny znak:

KEMP

Udało się nam go znaleźć, był to najzwyklejszy, opuszczony już o tej porze roku camping. Idealnie!

Cały nasz prowiant zostawiliśmy pod jednym z domków, licząc na to, że jednak żadne zwierzę się do niego nie dobierze.

Liczyć zawsze można. “COŚ” rozerwało woreczek z chlebem. Ale chyba nie trafiliśmy w jego gusta.

Nie było banana, bateria dla skali

Nie było banana, bateria dla skali

Advertisements

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s